My sami trzymamy żal.
On nas nie trzyma.
My go trzymamy.
Żal jest jak piłka.
Piłka nas nie trzyma – my możemy ją trzymać.
Kiedyś taką metaforę trzymania żalu usłyszałam od Tomka Zielińskiego.
Wówczas moja głowa mocno z tym dyskutowała.
No bo jak?
Przecież to ktoś, mi… w końcu stąd ten żal…
I szło za tym usłyszeniem dużo „ale” i „przecież….”
Tak, jakby to trzymanie żalu było potrzebne, w jakiś sposób uzasadnione.
Tak jakby trzymanie żalu miało być formą jakiejś „sprawiedliwości”, a puszczenie oznaczało przegraną.
A przecież jest zupełnie odwrotnie.
To trzymanie jest przegraną, bo ręcę są wciąż zajęte i nie mogą przyjąć nic nowego.
Bo tkwimy w przeszłości, zamiast cieszyć się z dzisiaj.
Wygraną jest lekkość i odłożenie tego ciężaru.
Wygraną są otwarte ręce, za którymi pójdzie serce.
Ale trzeba tę piłkę odłożyć na bok i przestać ją nieść.
Czasem trzymamy „ją”, bo wydaje nam się, że jeśli puścimy, to znaczy, że to, co nas spotkało, było nieważne.
Jedyną osobą, która może zdjąć ten ciężar z naszych ramion, jesteśmy my sami.
Nie ci, którzy nas zranili.
Nie czas.
Nie okoliczności.
I to jest jednocześnie przerażające… i uwalniające.
Bo skoro my trzymamy — to my też możemy puścić.
Żal to zaciśnięta pięść
– dopóki jej nie otworzysz, nie możesz nic nowego przyjąć.